Zupełnie jak GPS, czyli o nieustannym Bożym prowadzeniu



Pan Jezus przyszedł, żeby pokazać nam, co to znaczy być człowiekiem i jak żyć w pełni po ludzku. Problem w tym, że my tak nie potrafimy, a nawet i nie chcemy. Nasze człowieczeństwo jest tak dalekie od tego, jakie on nam ukazał, że Jego Wcielenie wydaje się być nieskuteczne i bezowocne. Ale to nie jest tak. Najważniejsze widzi się tylko sercem, a cud chrześcijaństwa polega na tym, że ze zła, które czynimy Pan Bóg – właśnie dzięki wcieleniu Swego Syna – potrafi wyprowadzić dobro. Oczywiście, że niezmienną prawdą jest to, co Pan Jezus powiedział w Ewangelii: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary waszym dzieciom…”. Nie ma żadnych wątpliwości, że źli jesteśmy i że nijak nie pasujemy do wzoru człowieczeństwa ukazanego nam przez Pana Jezusa. Ale nawet tacy źli – dzięki Jego Wcieleniu – umiemy choć trochę kochać. Bo Pan Jezus przyszedł, żeby pokazać, jak można żyć, ale również po to, żeby zapewnić nas, że jeśli nie doskoczymy do osiągniętego przez Niego pułapu, to nas nie przestanie kochać, to z nas nie zrezygnuje.

Jest w Ewangelii taka scena, która zdaje się świadczyć o tym, że czasem jednak rezygnuje. No bo co zrobił z bogatym młodzieńcem? Przecież pozwolił mu odejść, nie gonił go. Młodzieniec odchodzi smutny, a Pan Jezus pozwala mu odejść. Zapominamy jednak o tym, o czym wspomina w swojej Ewangelii św. Marek, że wcześniej „spojrzał na niego z miłością”. Dopiero potem dodaje: „jednego ci jeszcze brakuje”. Nie rezygnuje z niego. Pozwala mu odejść, bo trzeba czasu, żeby doświadczenie miłości, bezwarunkowego przyjęcia zakiełkowało.

Jedna z biblijnych interpretacji mówi, że po roku ten młody człowiek wraca i mówi: Panie Jezu miałeś rację, nie znalazłem szczęścia, mój smutek nie minął. A Pan Jezus mu wtedy tłumaczy: widzisz, nie spojrzałeś mi w oczy, nie zauważyłeś jak na ciebie patrzyłem i dlatego skoncentrowałeś się tylko na poleceniu, „idź sprzedaj wszystko co masz”. To był twój błąd. Przeraziłeś się wymagań a one przecież były i są drugorzędne. Najważniejsze było to moje spojrzenie i to, że powiedziałem „potem przyjdź i chodź za mną”, czyli że ofiarowałem ci moją przyjaźń, nie zostawiłem cię samego.

Cała ta opowieść o smutnym, choć bogatym młodzieńcu pokazuje bardzo wyraźnie na czym polega grzech. Bo grzech to nie jest złamanie jakiegoś wymyślonego zakazu. To jest wyraźne skrzywdzenie i okaleczenie samego siebie, mimo czułych ostrzeżeń ze strony Pana Boga. Grzech to jest realizacja samobójczych zamierzeń i skłonności. I nie byłoby dla nas żadnego ratunku, gdyby nie Pan Bóg. Ale na szczęście jest Pan Bóg, a On jest jak GPS. Poprzez swoje Słowo i swoje przykazania mówi mi „Jedź tędy! Skręć w prawo! Zwolnij!”, ale kiedy z głupoty lub ze złej woli nie posłucham Go, pojadę dokładnie w odwrotnym kierunku i zboczę z trasy, to się nie obraża i nie mówi „To, w takim razie, jedź sobie gdzie chcesz i daj mi święty spokój”. Zamiast tego z nieskończoną cierpliwością i miłością informuje mnie: „Zmieniłeś trasę. Wyznaczam nową trasę.” Pan Bóg towarzyszy nam i dostosowuje się do naszych krętych dróg. Nigdy nie opuszcza i czyni wszystko, by doprowadzić nas bezpiecznie do celu, czyli do Siebie. Bo w chrześcijaństwie nie chodzi o to, byśmy zawsze jechali tylko równiutką i szeroką autostradą. W chrześcijaństwie chodzi o to, by jadąc nawet przez jakieś wyboiste, leśne i błotniste drogi, dać się prowadzić i bezpiecznie dotrzeć do celu. I aby na końcu drogi móc usłyszeć: „Jesteś u celu. Prowadził Cię Jezus Chrystus. Pozdrawiam”.

źródło tekstu: modlitwawdrodze.pl

Podziel się: