Na co czekamy? – czyli o skuteczności Bożej bezradności



Mija kolejny dzień naszego adwentowego oczekiwania, i czas już chyba zapytać wprost: na co my tak naprawdę czekamy? Otóż mówiąc bardzo kolokwialnie, ale tez bardzo prawdziwie, trzeba powiedzieć, że czekamy na boskie zmiłowanie. Dlaczego? Bo nie jest nam dobrze. I tego, że tak jest, chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Czekamy na Boskie zmiłowanie, które przychodzi do nas w maleńkim, bezbronnym Dziecku. Ale bezbronność, to jest ulubiona metoda Pana Boga. Niezwykle skuteczna. Jedyna skuteczna metoda.

Na skutek grzechu pierworodnego mamy fałszywe wyobrażenie o Pan Bogu i wydaje się nam, że powinien się On inaczej do tego zabrać, że powinien to zrobić, bardziej zdecydowanie i stanowczo. Jednak każda metoda siłowa, każda rewolucja – z których następna jest zawsze „lepsza” od poprzedniej – kończy się zawsze gorzej niż poprzednia, kończy się jeszcze większą tragedią i złem. A Pan Jezus nie robi rewolucji, tylko nasze zbawienie realizuje poprzez swoja bezbronność. Nawet stojąc przed Piłatem, w obliczu swojej męki i śmierci, Pan Jezus nie rezygnuje ze swojej metody. Zachowuje się jak prawdziwy Król królów! Bo używać swojej potęgi i władzy we własnej obronie potrafi byle król, ale zachować godną bezbronność do samego końca potrafi tylko On.

Oto Król nasz! Jeśli chcemy, by naprawdę królował wśród nas, to Go naśladujmy. Bezbronność, to jest jedyny skuteczny sposób zmiany człowieka, zmiany życia, ocalenia dobra. Jeśli będziemy chcieli dobro wprowadzać siłą, to odniesiemy skutek odwrotny od zamierzonego. Często w rodzinach, w których jeden z małżonków jest dominujący i brutalny, a ta druga strona cicha i wydawałoby się bezbronna, to zwykle tak się dzieje, że właśnie ta słabsza strona skutecznie przekazuje swoje wartości dzieciom, i dzieci są takie, jak ona. Bo najważniejszy jest przekaz pozawerbalny. Jak się widzi siłę i brutalność, to się chce jej uniknąć. Więc ta Boża bezbronność to jest klucz do serca człowieka, a jak jest dotknięte serce, to następuje przemiana. Śp. abp Życiński lubił powtarzać, że kiedy Pan Jezus zmartwychwstał to nie zrobił wiecu na głównym placu Jerozolimy, nie wziął mikrofonu do ręki i nie powiedział: „No i co? A nie mówiłem, że zmartwychwstanę? I co? I komu teraz jest głupio?”. On najpierw ukazał się niewiastom, które były niewiarygodnymi świadkami, a potem paru prostym uczniom. A jaki osiągnął efekt? No, jaki? Bezbronność tylko na pierwszy rzut oka wydaje się nieskuteczna.

To tak samo jak ze „szmerem łagodnego powiewu” we fragmencie opisującym doświadczenie bliskości Bożej u proroka Eliasza. W tym fragmencie z Pierwszej Księgi Królewskiej śliczne jest to, że autor powtarza „Pan nie był w trzęsieniu ziemi”, „Pan nie był w ogniu”, „Pan nie był w wichurze”, ale kiedy Eliasz odczuwa Bożą obecność to nie jest napisane, że „Pan był w szmerze łagodnego wiatru”. Czyli, że to jest zawsze takie niedopowiedziane.

Pan Bóg nikogo nie zmusza, nie przekonuje do Siebie na siłę. Doświadczenie Jego obecności i bliskości jest zawsze delikatne i nienarzucające się. Skąd zatem możemy wiedzieć, że coś jest od Boga, że jakieś poruszenie we mnie pochodzi od Niego? Podstawowym kryterium będzie zawsze skutek, jaki przynosi dane doświadczenie. To po tym możemy poznać, czy coś jest od Boga czy nie. Doświadczenie „szmeru łagodnego powiewu” zupełnie zmieniło Eliasza i dało mu siłę do dalszej walki o wierność Bogu żywemu. A skoro przyniosło owoce trwałego nawrócenia i umocnienia, to znaczy, że było prawdziwe. Po owocach się poznaje. To tak, jak z nawróceniem Frossarda. On sam pisał po swoim nagłym i zupełnie niespodziewanym nawróceniu, że nie może wątpić w prawdziwość tego doświadczenia, bo przecież „kawałek chleba nie może zmienić czyjegoś życia”. A tymczasem on przypadkowo wszedł do kościoła po opóźniającego się z wyjściem kolegę, zobaczył Sanctissimum i… wyszedł inny.

źródło: https://modlitwawdrodze.pl/niespodziewane-wcielenie

Podziel się: